Facebook
Kontakt/
Reklama
15 Gru 2012
Po ślubie do dżungli

Egzotyczny miesiąc miodowy to niekoniecznie romantyczne spacery po plaży, wylegiwanie się w hamaku i sączenie drinków w restauracji hotelowej

 

 


Egzotyczny miesiąc miodowy to niekoniecznie romantyczne spacery po plaży, wylegiwanie się w hamaku i sączenie drinków w restauracji hotelowej.


 

Foldery o podróżach poślubnych przesycone są ślicznymi widoczkami plaż, basenów, owoców, krwistoczerwonych zachodów słońca na tle palm. Nie wszyscy przepadają za takimi sentymentalnymi obrazkami. Chcą romantyzmu i egzotyki, ale w oryginalniejszym wydaniu. Przekonałam się o tym w Tajlandii. Ten kraj jest często odwiedzany przez pary młodych z całego świata, chętnie zamieszkują one w hotelach przy plażach i drewnianych pawilonach ocienionych gajami palmowymi. Nowożeńców znalazłam jednak daleko od tej idylli: w sercu dżungli, kilkadziesiąt kilometrów od Chiang Rai. 

 

 

Mar i jego żona Ann przylecieli z Australii tuż po ślubie.    Panna młoda zabrała nawet do plecaka… welon, który tu pełnił rolę minimoskitiery. Szliśmy (pięć osób + przewodnik) przez grząskie wzgórza porośnięte taką gęstwiną, że trzeba było używać tasaków do torowania drogi. Przekraczaliśmy trzęsące się, zawieszone ponad przepaściami bambusowe mosty i pnie ogromnych drzew. Wędrowaliśmy po wąskich ścieżkach na skraju wąwozów, pływaliśmy prostymi tratwami, spaliśmy na deskach prowizorycznych chat w wioskach górskich plemion, myliśmy się w strumieniach, pichciliśmy posiłki przy ognisku. A wszystko to w ciężkim, wilgotnym klimacie, bez bieżącej wody i prądu.
Ostatni odcinek przemierzyliśmy wyczerpani na grzbietach słoni. Czy podoba się wam taka podróż poślubna? Ann i Mar byli zachwyceni. Gdy rozstawaliśmy się po tygodniowym trekkingu, powiedzieli, że właśnie o takiej podróży poślubnej marzyli; sprawdzili się, bardziej poznali (Ann bała się węży,
 Mar pilnował nocą ogniska), podziwiali dziką przyrodę, pomagali sobie, wspierali się i przeżywali wspólnie swą pierwszą małżeńską przygodę. Jedynym minusem był – jak z uśmiechem wspominali – brak nocy poślubnej z prawdziwego zdarzenia. Odrobią to w Bangkoku…

 

 

* * *

 

 

Innych nowożeńców (z Anglii) spotkałam w Zimbabwe. Tydzień wcześniej wzięli ślub, było przyjęcie w restauracji dla najbliższych i spanie kątem u teściów. Chcieli lecieć do Afryki, ale nie na plaże Kenii czy Tanzanii, nie na luksusowe safari, ale do miejsca bez masowej turystyki i skansenów udających tradycyjne wioski. Wybrali kraj, który niegdyś był spichlerzem Afryki, dziś żyje w cieniu wspaniałej przeszłości. Spotkaliśmy się w skromnym pensjonacie malowniczo położonym nad zatoczką jeziora Kariba przy granicy z Zambią. To rajski zakątek pełen egzotycznej roślinności i zwierząt. Byliśmy jedynymi gośćmi, ponieważ sytuacja polityczna i gospodarcza tego kraju odstrasza turystów. Mieliśmy podobny program wędrówek: Park Narodowy Hwange, Great Zimbabwe, ruiny Khami, Bulawayo, rejs po Zambezi, cudowne wodospady Victoria Falls (tu moi nowi znajomi skoczyli razem z platformy bungee 111 m n. p. m. w otchłań rwącej rzeki) i jezioro Kariba – rejon przepiękny, ale niedostępny i tajemniczy. Nawet podróżowaliśmy podobnie: autostopem. Różnica była tylko taka, że podróżowałam samotnie, oni we dwójkę. Wynajęliśmy wspólnie łódkę, by móc o zmierzchu podziwiać wylegujące się na brzegu krokodyle, kąpiące się hipopotamy, stada słoni, setki biegnących po sawannie antylop i majestatyczne żyrafy. Turyści stąd uciekli, ale nie zwierzęta.

 

 

* * *

 

 

Wiele hinduskich par młodych spotkałam w Kerali – najbardziej na południe wysuniętym stanie Indii. Młode mężatki mają bajecznie kolorowe sari, czerwoną kropkę między brwiami i churi – komplet bransoletek na nadgarstkach (dostają od teściów białe i czerwone, których używają 40 dni po ślubie). Niektóre noszą kolczyk w nosie, niegdyś był on symbolem małżeństwa, dziś przez większość kobiet traktowany bardziej jako ozdoba.
 Młode pary upodobały sobie Keralę, ponieważ jest tu chłodniej niż w pozostałych częściach kraju, pięknie i… inaczej.
Na ową inność składa się np. system kanałów, rzek i jezior zwanych tu backwaters. To taki azjatycki odpowiednik Wenecji. Wokół rozlewisk rozciągają się cudowne gaje palmowe, pola ryżowe, plantacje bananów i przypraw, a także tradycyjne wioski, gdzie czas stanął w miejscu (nie można dotrzeć do nich lądem). Po tej wodnej krainie najprzyjemniej i najwygodniej podróżować kettuvallam, czyli oryginalnymi łodziami, które stylistyką nawiązują do niegdysiejszych barek transportujących ryż i kokosy. Dziś to pływające hoteliki, jedna łódź często zabiera tylko dwójkę pasażerów – idealnie na podróż poślubną. Do dyspozycji gości: sypialnia z łazienką, salon na kadłubie, leżaki, stolik, sofy z poduchami. Jest generator prądu i klimatyzacja, a nawet CD. A do tego aż trzy osoby z obsługi: motorniczy, pomocnik i kucharz. Menu ustala się indywidualnie. Rybacy oferują świeżutkie krewetki, małże, ryby. Wieczorem łodzie cumują przy brzegu plantacji kauczuku. Kucharz zapala świece, serwuje sok z papai i grillowane ryby na liściach banana. Dookoła tysiące palm. I cisza przerywana świergotem ptactwa. Czyż można wyobrazić sobie bardziej romantyczną podróż?

 

* * *

 

W Egipcie i Tunezji bardzo często spotykam polskie młode pary, które przylatują tu po ślubie. Zazwyczaj powtarza się ten sam schemat: hotel przy plaży, basen, restauracje i ewentualnie wycieczka fakultatywna. Ale nawet w tak popularnych miejscach można odejść od sztampy. W Egipcie np. proponuję zamieszkać w Aleksandrii (świetna okazja do nurkowania w podwodnych ruinach pałacu Kleopatry), Aswanie albo w niewielkiej oazie, popłynąć feluką po Nilu albo na rzadko wybierany,
 ale jakże cudowny rejs po jeziorze Nasera, gdzie żyją na wolności krokodyle, koziorożce, gazele, lisy, szakale, pelikany, flamingi, żurawie. A jeśli bardzo chcecie Morza Czerwonego, to zamiast obleganej Hurghady radzę wybrać mniejsze miejscowości: El Gounę, Safagę, Dahab, Tabę.

 

 

W Tunezji miejsc niezwykłych i romantycznych jest wiele: medina w Tunisie (urokliwe rezydencje z noclegami), północne wybrzeże (nie wiedzieć czemu tak rzadko odwiedzane przez Polaków), Sidi Bou Said (przyjeżdża się tu często na 2-godzinną wycieczkę, ale przecież można spędzić urlop w tym bajkowym miasteczku), albo pustynia, której hotele są jak pałace z baśni tysiąca i jednej nocy. Warto wynająć jeepa z kierowcą i zobaczyć niezwykłości tej krainy: przepiękne oazy, zabytkowe miasta (np. Tozeur), fortyfikowane spichlerze i zamki; przejechać się starym, eleganckim pociągiem beja, polecieć balonem nad pustynią albo zjechać na nartach z wydmy, a potem zanurzyć się w termalnym pustynnym jeziorku. A komu mało przygody, niechaj zabierze się karawaną i śpi w namiocie pod rozgwieżdżonym niebem pustynnym. Wrażenia niesamowite. Ponoć dzieci tu poczęte są najszczęśliwsze, bo chroni je duch pustyni. Może warto wziąć to pod uwagę, wybierając cel podróży poślubnej?

 

Alina Woźniak

 

 

fot: Alina Woźniak, ShutterStock,Inc.

Artykuły