Facebook
Kontakt/
Reklama
13 List 2012
Staropolszczyzna...

Tańce, hulanki i swawole, czyli na ile staropolski jest współczesny polski ślub i wesele

Bankructwo w imię tradycji



Panuje moda na śluby i wesela stylizowane na staropolskie. Nic dziwnego, że wiele par nawiązuje do naszej rodzimej tradycji w tej dziedzinie, gdyż jest, z czego czerpać inspiracje. Staropolskie wesele było jednym z najważniejszych wydarzeń w rodzinie, obchodzono je hucznie i z przepychem, zarówno wśród magnatów, szlachty jak i bogatego mieszczaństwa. „Zastaw się, a postaw się” – mawiali ojcowie panien na wydaniu, zastawiając majątki, by tradycji mogło się stać zadość. Historycy wspominają, iż ta nieprzyzwoita wystawność, którą traktowano jak obowiązek, prowadziła często do bankructw. By unikać takich sytuacji w niektórych miastach władze wprowadziły nawet ograniczenia liczby gości, stołów i potraw na weselnych przyjęciach.



Kanony rozrzutności sprawiały, że upowszechniła się inna staropolska tradycja, o której wspominamy, gdyż jest szczególnie romantyczna. Gdy rodzina panny młodej lub pana młodego nie mogła sobie pozwolić na zorganizowanie kosztownego wesela, organizowano porwania. Oficjalnie nie wyrażano zgody na ślub, po czym dochodziło do uprowadzenia i potajemnego ślubu przy minimalnych kosztach. Rapty, czyli porwania bywały czasem jedynym sposobem na ratunek przez bankructwem i staropanieństwem.



Kobierce i arbuzy



Ślub traktowano w II Rzeczpospolitej śmiertelnie poważnie i być może stąd właśnie tak bogata tradycja. Jest ona ważną częścią współczesnej polskiej obyczajowości. Widać to na przykład w warstwie językowej, we frazeologii dotyczącej ślubu. Etymologia popularnych zwrotów oraz nazw na poszczególne etapy poprzedzające zawarcie związku małżeńskiego to właśnie staropolska tradycja magnacka i szlachecka. Powiedzenie „stanąć na ślubnym kobiercu” pochodzi od zwyczaju rozwieszania tkanych dywaników na drzwiach domu, w którym mieszkała panna na wydaniu. Czasem, by zakomunikować potencjalnym konkurentom, że mogą uderzać w konkury, wieszano na tyczce wianek z kwiatów. Nazwa zaręczyn, pochodzi od staropolskich zrękowin lub rękowania, czyli symbolicznego podania sobie rąk przez narzeczonych, na znak, że oboje zgadzają się wstąpić w związek małżeński. Współcześnie takim symbolem jest pierścionek zaręczynowy na palcu dziewczyny, która przyjmuje oświadczyny swojego chłopaka. Dawniej, narzeczeni wymieniali się wieńcami z ruty podczas hucznej zabawy, kończącej etap zalotów i negocjacji z rodziną przyszłej panny młodej, prowadzonych przez pośredników, zwanych dziewosłębami, swatami, rajkami lub zrzecami.



Staropolska tradycja obfitowała także w rozmaite metody na dyskretną odmowę, jeśli rodzina dziewczyny uznawała, iż starający się o nią szlachcic nie jest odpowiednią partią. Jedną z nich było zwlekanie z wyciągnięciem kieliszków na wódkę, którą przynosił na rozmowę swat, podanie konkurentowi zupy z gęsiej krwi, zwanej czarną polewką lub arbuza. Dzisiejsze odmowy są bardziej bezpośrednie i rzadko uczestniczą w nich pośrednicy, ale rozczarowanie odrzuconego konkurenta musi być równie wielkie.



Miedziaki w chlebie



Zwyczaj, który przetrwał w dzisiejszej praktyce to witanie młodej pary chlebem i solą. Zmodyfikowano go nieznacznie, gdyż obecnie nie praktykuje się wkładania do środka pieczywa pieniędzy, na dobrą wróżbę. Do dziś kultywuje się za to toasty, jako obowiązkową część weselnego programu. Ich genezą są tzw., epitalmie, czyli wierszowane przemówienia, które zastępowały składanie życzeń na królewskich i magnackich weselach.



Zapomniane przesądy




Wiele ze staropolskich zwyczajów ślubnych zanikło całkowicie. Na przykład ten, że panna młoda nie zakładała do białej sukni żadnej biżuterii. Istniał bowiem przesąd, że ozdoby sprowadzą na małżeństwo nieszczęście. Wierzono także, iż ten z małżonków, który pierwszy stanął przed ołtarzem, będzie miał dominującą pozycję w ich rodzinie. Dlatego panna młoda robiła wszystko, żeby uprzedzić w tym narzeczonego oraz, by podczas składania przysięgi jej ręka leżała na ręce przyszłego partnera, a nie odwrotnie. Powiedzenie „moje na wierzchu” wiąże się właśnie z tymi przesądami. Można domniemywać, że ten zwyczajowy wyścig po ślubnym kobiercu padł ofiarą emancypacji kobiet. Współczesne żony nie wierzą w przesądy, lecz raczej w równouprawnienie.



Pominięte etapy



Ślub według tradycji naszych przodków Sarmatów poprzedzało kilka etapów, które dzisiaj się pomija. Oczywiście nie znaczy to, że zaoszczędzono czasu na tradycji, bo niestety zastępuję ją biurokracja. Współcześnie nie praktykuje się już wysyłania swatów do rodziny narzeczonej oraz negocjowania warunków umowy przedmałżeńskiej, które trwały czasem w nieskończoność, ani zalotów. Nawet, gdy było już „po słowie” traktowano je bardzo poważnie i inwestowano spore sumy w dostarczane narzeczonej regularnie prezenty. Nawet, jeśli te dowody bywały czasem dość szokujące, bo ich rolę pełniły świeżo upolowane lisy i dziki, dostarczane z liścikami pełnymi żarliwych wyznań miłosnych.



Inne zwyczaje, które nie przetrwały to tak zwane „pokładziny” oraz przenosiny. Pod koniec weselnego przyjęcia orszak gości odprowadzał pannę młodą do sypialni jej męża, gdzie spędzali swoją pierwszą wspólną noc. Zanim do tego dochodziło, pan młody miał obowiązek poczęstowania gości weselnych słodyczami, skąd wzięła się inna nazwa dla tego obrzędu - cukrowa wieczerza. W ciągu kolejnych kilku dni, a czasem tygodni następowała uroczysta przeprowadzka do domu męża. Trwało to czasami w nieskończoność i oczywiście bywało kolejną okazją do świętowania, czyli poprawin.



Zabawa



Polska szlachta bawiła się z ogromnym zamiłowaniem, nie trwoniąc czasu i nie żałując pieniędzy. Wesela bywały doskonała okazją do wymyślnych szaleństw. Dla rozrywki gości organizowano pokazy sztucznych ogni, występy cyrkowców, magików, pieśniarzy, muzyków. Furorę robiły występy tresowanych zwierząt, szczególnie niedźwiedzi oraz osób upośledzonych umysłowo. Zimą urządzano kuligi z pochodniami, a latem polowania.



Stałym elementem staropolskiego wesela były też zawody i konkurencje. Weselni goście mieli wiele okazji, by popisać się umiejętnością trafnego strzelania, jazdy konnej, lotnego umysłu, a czasem nawet tłuczenia włoskich orzechów przy pomocy własnego czoła... Dzisiejsze zabawy weselne wymagają zdecydowanie mniej odwagi i poświęcenia.



Współczesny sposób celebrowania małżeństwa w dość bezpośrednio czerpie ze staropolskiej tradycji ślubnej i nawet, jeśli z czasem wprowadzano różne modyfikacje, to sarmacka geneza tej obyczajowości jest wyraźnie widoczna na polskich weselach. Przepych i wystawność w pewnym sensie wciąż się uznaje za obowiązkowe. Niewiele par rezygnuje z eleganckiego rautu, na rzecz skromnego obiadu w gronie najbliższych. I nie ma co chyba odmawiać naszym przodkom racji w argumencie, że przecież śluby to z zasady niepowtarzalne okazje do zabawy, więc bawmy się!







www.modanaslub.pl

Artykuły